Do łodzi weszłam w 17 lipca 2010 r., wokół szalała straszna burza – zostałam niepełnosprawna; woda wlewała się do środka, co groziło zatonięciem łodzi – naczyniak w mojej głowie w każdej chwili mógł pęknąć, co wiązało się z kolejnym wylewem.

Nagle, gdy już brakowało mi sił, z mojej łodzi zobaczyłam, jak Ktoś idzie po wodzie, przestraszyłam się, bo myślałam, że to zjawa, a to był Jezus – przyszedł w 2012 r., ja wyszłam do Niego z mojej łodzi, ale fale mnie przestraszyły i przestałam patrzeć na Jezusa – wpadłam do wody (trafiłam do szpitala na 3 miesiące). Wtedy On wyciągnął rękę i mnie uratował (ślub z Pawłem).

Byłam z Jezusem, ale byliśmy nadal w łodzi, a ja byłam przemoczona i zmarznięta – ćwiczyłam i pracowałam bardzo ciężko, jednak wszystko szło szybciej (piknik charytatywny zorganizowany prze Pawła na moją rehabilitację, dzięki któremu trafiłam do kliniki rehabilitacji w Tajęcinie).

Wyszłam na brzeg wraz z trzecim wylewem, który był całkowitym zaskoczeniem, a zakończył moją chorobę, bo może i wylądowałam w szpitalu kolejny raz, ale przeszłam embolizację, zatem naczyniak w mojej głowie został zabezpieczony i już nie był niebezpieczny. Jezus mnie uleczył.

To, co czytamy w Piśmie Świętym nie jest (jak niektórzy myślą) oderwane od naszego życia. To nie są tylko historie, które wydarzyły się 2000 lat temu. One się wydarzają cały czas i będą się wydarzać, tylko musimy to dostrzec.

Zacznij więc czytać inaczej Pismo Święte – tak, jakby ono dotyczyło ciebie i twojego życia. Zacznij zastanawiać się, jak daną Ewangelię możesz odnieść do swojego życia.

To nie są bajki. Słowa tam zawarte mówią do ciebie. Te słowa wypowiada do ciebie Bóg, więc może zacznij Go słuchać.

Ewelina Szot